piątek, 21 marca 2014

Czujesz, że jestes złą matką? Przeczytaj.

Kocham to moje dziecko najbardziej na świecie, nieba bym mu chciała uchylić, a ono ciągle jest niezadowolone, niegrzeczne, krnąbrne, czuję się bezradna. Czasem wrzasnę z tej bezsilności, albo rozpędzę się i dam klapaka, czego natychmiast szczerze i głęboko żałuję, ale mam wrażenie, że się inaczej nie da. Co robię nie tak? Dlaczego inne dzieci słuchają co się do nich mówi, są grzeczne, posłuszne, przyjazne i miłe, a moje to jak diabeł wcielony i nie mam już sił... Ciągle jest nie tak, ciągle zgrzyty, awantury, przepychanki. Czuję, że jestem do niczego i chyba nigdy nie powinnam mieć dzieci.
Znacie to?

W 2009 roku do czwartkowej gazety wyborczej dołączany był zeszyt "Lepsze życie. Poradnik psychologiczny." Nie mam wszystkich zeszytów, ale mam kilka, a wśród nich taki:
"jak być wystarczająco dobrą matką"

Na stronie 3 na marginesie i fioletowym tle widnieje tekst pana Krzysztofa Srebrnego zatytułowany "Osiem zakrętów". Szczególnie wart przytoczenia wydał mi się "zakręt 4 - Matka zależna od dziecka. ". Cytuję:

"Są dzieci, które ułatwiają swoim matkom bycie wystarczająco dobrymi. No, bo są pogodne, a wdzięcznością przyjmują opiekę, śmieją się, próbują nawiązać kontakt. Ale są tez dzieci trudniejsze. Takie, co dużo płaczą, gryzą, pokazują, że są niezadowolone.
Ta sama matka w tej samej sytuacji życiowej, gdy to dziecko jest pogodne i wdzięczne, będzie jakby bardziej zadowolona z siebie, a co za tym idzie, będzie lepiej znosić nieprzyjemne rzeczy. I będzie też spokojniej na to dziecko patrzeć, a wiec będzie się go lepiej uczyć. Jednym słowem, będzie się jej łatwiej rozwijać jako matce. Natomiast w tej drugiej sytuacji jest większe prawdopodobieństwo, że ta sama matka będzie sfrustrowana i pełna wątpliwości co do tego, czy ona w ogóle nadaje się do bycia matką. Będzie na siebie zła, czyli wściekła na dziecko, a więc ono będzie jeszcze bardziej płakało, a ona będzie jeszcze bardziej sfrustrowana jako matka."


Przez długi czas sądziłam, że to ja kształtuję moje dziecko i jeśli ono jest nieznośne, to znaczy, że ja coś zawaliłam w procesie wychowania. Mówi się przecież, że to rodzice kształtują dziecko, jeśli w rodzinie wszystko jest ok, to dziecko też jest ok, itd.  Pełna odpowiedzialność za wszelkie zachowania dziecka na barach rodziców. Uświadomił mnie jednak jeden z moich licznych psychologów, że istnieje coś takiego jak charakter dziecka, a także, że dziecko to też człowiek, który może mieć gorszy dzień. Spadł mi wtedy z ramion ogromny ciężar, bo winiłam się za wszystko, co było nie tak. Uświadomiłam sobie wtedy, że moje działania mają pewien zasięg, ale nie jestem w stanie kontrolować całości wszechświata. Moje dziecko jest osobnym bytem z własnym systemem nerwowym, emocjami, frustracjami i mogę robić wszystko książkowo a i tak może być ...niefajnie. Szczególnie gdy pula genów wygenerowała ...nie-aniołka. 

Pozdrawiam.

środa, 12 marca 2014

Mamo, a co to jest burdel?

Te książeczki z dowcipami (przychodzi baba do lekarza) muszę chyba schować głębiej... może już za późno?

Idziemy dziś rano do szkoły. Moje dziecko, drepcząc niedbale, siłą głosu Fluttershy (Przyjaźń to magia ;) ) zadała mi tytułowe pytanie. Miałam wrażenie, że się przesłyszałam. Hm, miałam nadzieję, że się przesłyszałam.
- Słucham?
- CO TO JEST BURDEL?! - Wywrzeszczała Młoda.
(Mamuśka przeczyść uszy, noś aparat, chodź przychylona, nie każ powtarzać tych pytań, co ludzie powiedzą! )
No to się nie przesłyszałam. Nigdy nie kłamałam dziecka w żadnej, nawet najtrudniejszej sprawie. A to... jak to rozegrać? No jak zwykle, powiem prawdę. Wytłumaczyłam najdelikatniej jak umiałam.
- Aha - skwitowała moja siedmiolatka z lekka zdziwiona.
- A skąd znasz to słowo? - poszłam po rozum do głowy (lepiej późno niż wcale)...
- No bo burdel to znaczy też bałagan... - odpowiedziała moja siedmiolatka.
(Brawo mamuśku...)

sobota, 8 marca 2014

Jakieś fytania?

Dawno, bardzo dawno temu (1995r) kupowałam Dowcipy z wydawnictwa PODULKAstudio. Jak z większością rzeczy - szkoda było wyrzucić. Doczekałam się momentu, gdy dowcipy odgrzebało moje dziecko i oto co zaserwowało przy jednej z kolacji:

- Opowiem wam dowcip:

Przychodzi baba do logopedy:
- Fanie foktorze, nie wymawiam  fwóch liter: "f" i "f".
- Niech się fani nie frzejmuje, ja nie wymawiam czterech liter i fówno to fofo obchodzi! A jak to fomuś frzeszfadza, to może mnie focałować w fufę...

;)


poniedziałek, 3 marca 2014

Samodzielne jedzenie - mój pierwszy raz.

Nadchodzi taki moment w życiu dziecka i rodzica, że dziecko przejmuje z ręki rodzica ...łyżkę ;) .
Żeby straty były jak najmniejsze polecam Wam dać dziecku do jedzenia serek homogenizowany.
Jest gęsty, konsystencja sprawia, że dobrze trzyma się łyżki i jest smaczny.
Zapraszam na zdjęciowy fotoreportaż z pierwszego samodzielnego jedzenia mojej córki.






Bardzo dobrze jej szło! Łyżka naprawdę trafiała do buzi :)

Bądź świadomym rodzicem.

Na dzień dobry filmik, króciutki.


Każdy z nas był dzieckiem. Jak to pamiętacie? Jakimi jesteście dorosłymi? 
Jesteś osobą, która powtarza w duchu: nie będę taką matką (takim ojcem) jaką była moją matka (jakim był mój ojciec)? Bardzo wiele takich osób znam.
A czy wiesz, że uciec od tego wzorca jest trudno? Może się zdarzyć, że pewnego dnia Twoje własne zachowanie Cię zaskoczy tym, jak bardzo podobne jest do zachowania Twojego rodzica, a czego tak bardzo chciałaś/chciałeś uniknąć? 

Jesteś dorosłym człowiekiem i rodzicem. Od Ciebie oczekuje się odpowiedzialności i rozwagi, kontrolowania emocji. Jak to zrobić, gdy życie okazuje się zaskakująco ciężkie, dziwne, pogmatwane, pełne niewiadomych?

W stosunku do dziecka musisz być niczym wielka, spokojna, stabilna góra. Twoje dziecko musi czuć, ze jesteś mocno osadzony w rzeczywistości, że jesteś przewidywalny, że jest przy Tobie bezpiecznie i że może na Tobie polegać. W Tobie dziecko musi mieć oparcie i pomoc. 
Jako rodzic nie możesz w swojej osobie łączyć kochającego człowieka i tego, który rani i sprawia przykrość, albo jest przyczyną cierpień. Taki misz masz jest bardzo trudny do pojęcia.

Wyobraź sobie przez chwilę siebie jako dziecko. I takiego nieprzewidywalnego rodzica, który raz mówi, że kocha, a raz serwuje klapsa, bo nerwowo nie wyrobił. Wyobraź sobie, że czasem przychodzi zdenerwowany i w sumie nie musisz nic nabroić żeby wywołać gniew rodzica. Nie wiesz na czym stoisz, nie wiesz jakie Twoje zachowanie wywoła jaką reakcję, nie umiesz sam dojść do ładu ze swoimi uczuciami do tej osoby. Pomyśl, gdyby jakiś obcy człowiek był tak nieprzyjemny, unikałbyś go. Ale tu sytuacja jest inna, bo Ty jesteś od tego człowieka zależny jako dziecko. A dziecko ma inną percepcję świata niż dorosły. Dziecko odbiera utratę miłości rodzica jako coś co zagraża jego przetrwaniu! A utratą miłości są klapsy, krzyki, poniżanie, etykietowanie (ty tępaku, ty brudasie, ty fajtłapo), brak uwagi, brak... miłości. 

Wiem, nie jesteśmy robotami. Miewamy gorsze dni, zresztą dzieci też. Ważne, żeby dziecko wiedziało, że to nie jego wina. Dzieci zawsze winią się za rozmaite sprawy dotyczące rodziców. Szukają przyczyny, nie znajdują na zewnątrz, bo przecież z dzieckiem nie rozmawia się o problemach w pracy, to znajdują w sobie. "Szukajcie a znajdziecie"... niefortunnie. 

Polecam Wam Piżamowe Party. Wspólnych 25 minut w ciągu dnia. To więcej niż nic, to więcej niż przeciętne, statystyczne 3 minuty spędzane razem z dzieckiem.... 

Dziecko chłonie wszelką wiedzę, uczy się. Jeśli nie może poradzić sobie z kurtką, a ty drzesz się na nie, zastanów się. Też umiałeś wszystko za pierwszym razem? Tego oczekujesz? Perfekcjonizmu za pierwszym razem? To coś z Tobą zdrowo nie tak. Zrewiduj myślenie. Nigdy (albo rzadko) udaje się za pierwszym razem. Naucz dziecko (i siebie), że porażki są wpisane w życie. I to nie jest nic złego. To jest tylko stopień na drodze do uczenia się.

Pamiętam, że nie mogłam wyobrazić sobie, że daję dziecku łyżkę i że je samodzielnie. Widziałam umazane dziecko, ściany, podłogę i wizja tego była tak mało zachęcająca, że brałam łyżkę sama i karmiłam córkę. Oszczędzając sobie pracy robiłam coś za moje dziecko. Znacie to? Ja wiem, że jak ja nakarmię, to się nie nabrudzi, że jak ja zawiążę buty, to będzie szybciej... ale czego się wtedy uczy Wasze dziecko? Niczego.  

Kiedy dziecko idzie do żłobka już jest zdane na łaskę pań opiekujących się dwudziestką takich dzieci i ...na samego siebie. To czas ćwiczenia samodzielnego ubierania się, jedzenia, komunikowania potrzeb. Rozmawiałam z panią na temat samodzielnego jedzenia i podzieliłam się obawami... pani psycholog nie kiwała głową ze zrozumieniem. Powiedziała: niech pani zawiesi stare prześcieradło dookoła miejsca gdzie dziecko je, ale niech je samo! Niech próbuje! Chcecie zobaczyć pierwsze próby? Zapraszam tutaj. Osiągnęłyśmy sukces. Każdy w końcu by się nauczył jeść, na przykład w żłobku, ale po co narażać dziecko na stres, skoro pewne czynności można opanować w bezpiecznym domu? 

Pewnego dnia poszłyśmy na jedno ze spotkań razem z Młodą. Pani wlała jej sok do szklanki, a dziecko, chcąc się napić, przechyliło i wylało cały na siebie. Miałam krzyczeć? Zbić? Tak mi było jej szkoda, że zalała swoją sukienkę, była zaskoczona tym, co się stało i picie zamiast wlecieć do brzuszka zostało stracone. Dlaczego tak się stało? Bo ułatwianie życia to często iluzja - kubek niekapek - dla rodzica luz, bo się nie musi martwić o zalewanie ubrań, podłóg i innych. Tylko że w żłobku nie dostaje picia w kubku niekapku, ale w zwykłym kubeczku ...i nie umie się napić! To samo z tymi dziwnie wykrzywionymi widelczykami! Po co? Żeby było łatwiej? Przyzwyczaisz dziecko, a potem będziesz znów uczyć używania czegoś innego niż do tej pory. To chore! Koleżanki synek dostawał picie w kubeczku, nie w niekapku. Nie miał problemu z piciem w żłobku, bo umiał. Mądra mama nauczyła dziecko pić ze zwykłego kubeczka. 

Różne rzeczy dzieją się w życiu i różne emocje dopadają dorosłych. Nie możesz jednak bezmyślnie podawać tych emocji dalej, szczególnie do słabszych... szczególnie do swojego dziecka! 

Jako rodzic jesteś dla dziecka najważniejszy na świecie. Jeśli Ty je zawiedziesz, to kto je będzie chronił przed światem, kto będzie przewodnikiem, kto ukoi lęk, otrze łzy, pomoże przebrnąć przez różne doświadczenia? Kto? Kto? Kto? Jeśli z Tobą nie czuje się pewnie i bezpiecznie, to już się tak nie będzie czuć... i to jest cała tragedia. 

Jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Dziecko to Człowiek. Na razie uczy się świata, nie potrafi jeszcze zbyt wiele, ale uczy się, rozwija. I kiedyś urośnie. Sądzisz, że teraz możesz je szarpać, brzydko się do niego wyrażać, krzywdzić je, bo jest małe? BO NIE ODDA? No to uważaj, bo będzie ci wszystko zapamiętane. 
Oszczędź dziecku łez teraz, żeby miało czym płakać na Twoim pogrzebie... Jeśli wyżywasz się na młodszych to żaden z Ciebie bohater... Pomyśl o tym. 

Wiem, że bycie rodzicem czasem przerasta, szczególnie gdy samemu masz jeszcze bałagan w głowie po swoich przejściach z dzieciństwa. Nie przenoś tego na swoje dziecko, daj mu szansę na dobre życie. 

Pozdrawiam.

środa, 12 lutego 2014

Uważaj, bo Cię Dziecko zaskoczy.

W czerwcu 2007 roku Maleńka miała 4 miesiące.
Podczas wizyty u babci spała na środku wielkiego łóżka.
Na chwilę zeszłam do kuchni, wstawić ryż.
Naraz ŁUP! i wrzask dziecka.
Spadła!! A przecież spała! Na środku wielkiego łóżka!
Spadła na głowę, nabiła sobie na czole guza.

(Nie poszłam do lekarza, choć może powinnam. Obserwowałam ją.
Podobno jeśli płacze, to znaczy, ze jest w porządku.
Gdyby upadła i ucichła, nie ruszała się, trzeba natychmiast skontaktować się z lekarzem.
Gdyby jakiś czas po upadku była marudna, nie chciała jeść, wymiotowała, wtedy też trzeba skontaktować się z lekarzem.)


Kiedy już zaczęła chodzić, zrobiła następny numer.
Siedziałam na kanapie, czytając, szyjąc, wszystko jedno.
Naraz moje dziecko wdrapało się na kanapę.
O rajuśku, jak ona to zrobiła? Wcześniej nie potrafiła!
Obserwowałam co zrobi.
Podniosła sobie z tej kanapy co potrzebowała i skierowała się ku zejściu.
Ale jak się skierowała!
Normalnie! Po prostu! Jakby kanapa nie miała krawędzi tylko była na przykład dywanem!
Złapałam ją przeczuwając, że nic sobie nie robi z różnicy wysokości.
Jakże cieszyłam się, że tym razem byłam w pomieszczeniu, gdy ten krok w jej rozwoju miał miejsce!

I jeszcze jedna sytuacja, ale ta zmroziła mi krew w żyłach.
Barierka w łóżeczku Młodej sięgała jej mniej więcej pod paszki.
No nie ma siły żeby wyszła, w moim mniemaniu była bezpieczna, nawet zostawiona na chwilę w pokoju.
Ona spała, a ja zajmowałam się obiadem w kuchni.
Naraz słyszę dziwny dźwięk, dźwięk wazy, która stała na parapecie.
Co jest?
Wchodzę do pokoju i mało nie padłam w progu.
Moje dziecko stało na parapecie i bawiło się wazą...
Jej łóżeczko stało przy oknie, które czasem było otwarte.
Całe, niewiarygodne szczęście, że nie tym razem...
Okno, a za oknem siedem pięter w dół...

Nie sądź, że jeśli dziecko jeszcze się nie przemieszcza, to możesz zostawić je i będzie bezpieczne.
Nigdy nie wiesz kiedy się zacznie przemieszczać i czy to czasem nie będzie ten moment, kiedy pójdziesz do łazienki czy kuchni.
Moja znajoma posadziła dziecko w dość wysokim wózku.
- Nie, nie wypadnie!
Nie wypadnie, bo do tej pory nie wypadł?
Możesz mieć szczęście i faktycznie nie wypadnie, ale możesz go nie mieć.

Bądź ostrożna. Dziecko się rozwija, nabywa nowych umiejętności, może Cię zaskoczyć.
Ono nie ma jeszcze wyczucia, włączonego myślenia o konsekwencjach, niestety.
To my jesteśmy mózgiem chroniącym nasze dziecko.
Musi być ciągle czujny, ciągle włączony.

Życzę, żebyście nie doświadczyli żadnych wpadek.
Pozdrowienia.



wtorek, 11 lutego 2014

Objawy ciąży

Jak to się zaczęło?
W pewnym momencie pomyśleliśmy o dziecku. Obydwoje dobiegaliśmy trzydziestki. Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli nie Ty, to kto? I po prostu przestaliśmy się zabezpieczać, odstawiliśmy prezerwatywy.
Sprawdziłam testem czy może jestem w ciąży czy jednak nie, jednak nie, mimo, że okres spóźniał się dzień lub dwa, choć zawsze był bardzo punktualny.

Pewnego dnia obudziłam się z uczuciem ciężkości na żołądku. Błe. Nie powiązałam tego w żadnym wypadku z ciążą. Mąż kupił mi krople żołądkowe, a ja mu oznajmiłam, że idę na imprezę z ludźmi z mojej ówczesnej pracy. Mąż rozsądnie odpowiedział, że najpierw sprawdzimy czy nie jestem w ciąży.
- No nie jestem - powiedziałam mu, przecież sprawdzałam kilka dni temu.

Zakupiliśmy test ciążowy, poszliśmy do domu, zamknęłam się w łazience, przystąpiłam do testowania.
Minutę odczekać. Jedna kreseczka, dwie kreseczki. O cholera, jestem w ciąży!

Siedziałam na tym sedesie dobrych kilka minut i zastanawiałam się, jak ubrać w słowa to, czego właśnie się dowiedziałam. Chcieliśmy dziecka, kochaliśmy się bez zabezpieczeń, ciąża to całkiem naturalna konsekwencja naszych poczynań (nomen omen). A jednak świadomość, że oto w moim ciele zaczyna rozwijać się nowe życie była przytłaczająca, dziwna, niesamowita i przerażająca. Równia pochyła. Nie w złym znaczeniu tego słowa, ale w znaczeniu nieodwołalności. Oto stałam przed faktem, że jestem w ciąży, czyli spodziewam się dziecka.

Wyszłam z łazienki, z walącym sercem spojrzałam na męża i on już wiedział. Jego oczy zrobiły się nagle bardzo duże, przytulił mnie, a serce waliło mu tak mocno, że ja je czułam. Później przyglądał mi się badawczo, zdumiony, niepewny właściwie czy jeszcze może mnie dotykać jak zwykle czy tez może ma zacząć traktować mnie jak jakąś świętą ikonę. Byłam w błogosławionym stanie, a on jeszcze nigdy nie był w takiej sytuacji.

Następnie uchlał się ginem z tonikiem. ;)

Umówiłam się na wizytę do ginekologa w przychodni studenckiej. (Mimo, że miałam 29 lat, byłam studentką studiów dziennych - później niż inni zaczęłam) Babsztyl kazał położyć mi się na kozetce, z której widziałam przechodniów na ulicy,  i na rękę włożył coś w rodzaju rękawic jakie spotyka się w warzywniaku - foliówki. Pogmerała we mnie i stwierdziła,  coś tam jest zaokrąglone, ale ona mi nic nie powie czy to ciąża, czy nie i że ni z gruszki ni z pietruszki podsumowała, że studiami się powinnam zająć a nie robieniem dzieci.

Dosłownie zatkało mnie.

Miałam 29 lat, pełne prawo decydowania o kształcie mojego życia i o poczęciu nowego życia właśnie teraz, tuż przed trzydziestką, kiedy jeszcze zdrowo i nie za wcześnie. Wiek idealny, czas idealny. Moja pierwsza ciąża, mój pierwszy dzidziuś, stos obaw, nadziei, radości, lęku ...i realia gabinetów lekarskich... zmroziła mnie ta baba. Miała dać mi zwolnienie lekarskie na czas tych mięsnych oględzin, ale sposób w jaki ze mną rozmawiała traktując naprawdę jak śmiecia, sprawiły tylko, że twarz wykrzywiła mi się w grymasie obrzydzenia i na odchodne odrzekłam tylko, żeby już nic nie wypisywała, że nie chcę już od niej żadnego zwolnienia. Gdyby można było działać, żeby takich lekarzy eliminować... fachowcy z łaski.

Zapisałam się na prywatną wizytę. Zapłaciłam, zostałam miło przyjęta, kobieta patrzyła mi w oczy (wow!, nie?). Zasugerowała USG. No dobrze. Ale ona powiedziała, żebym się rozebrała, że to będzie USG dopochwowe. Że co? Dopochwowe? (Ale się kochaliśmy dwie godziny temu, oo, i jak wyleci co wleciało, aaaa, jaki obciach!) Stresowałam się okrutnie tym właśnie faktem, że kochaliśmy się niedawno! Z tego co wiem nie jesteśmy jedyną parą, która z tego powodu przeżywała stresowo swoje pierwsze spotkanie z dzieckiem za pomocą badania dopochwowego USG. :) :) :)

W każdym razie dałam się zbadać. Na ekranie monitora pojawiła się plamka, a w tej plamce jeszcze jedna plamka miarowo migająca. To, co widziałam na ekranie, było moim dzieckiem. Miało 19 mm i bijące serduszko. Ten widok był niezwykły, zakochałam się na zabój w tej małej plamce :) :) :) Już wiedziałam na pewno, że będę mamą i że żyje we mnie żywe żyjątko :) :) :)

(miejsce na fotkę)

Na podstawie "wzrostu" maleństwa termin porodu został ustalony na 4 lutego 2007 roku.

Trzy kolejne miesiące budził mnie mój żołądek nie dając o sobie zapomnieć. To te słynne nudności. Okropne uczucie, nie wiadomo czy jeść czy nie, bo mogło się okazać, że śniadanie zobaczę ponownie.
Nie wiedziałam nic o ciąży, o tym, co powinnam, czego nie.  Wszystkiego uczyłam się na bieżąco.
Byłam też okrutnie senna, spałabym cały czas, w każdej chwili. Aż do czwartego miesiąca - w czwartym miesiącu wszystkie dolegliwości przeszły jak ręką odjął. I kolejne 3 miesiące były wspaniałe, bo już nie było dolegliwości i jeszcze nie było brzucha, a moje samopoczucie z powodu słodkiej tajemnicy było fantastyczne, promieniałam radością, szczęściem i jeszcze raz radością. A mój mąż zamienił się na czas mojej ciąży w mężczyznę moich marzeń, spełniał wszelkie moje zachcianki, opiekował się mną, przynosił śniadania do łóżka i kwiaty. Czułam się jak w raju. :) :) :)

cdn.
**********

Jak obliczyć orientacyjną datę porodu?
Od pierwszego dnia ostatniej miesiączki odjąć trzy miesiące i dodać 7 dni.
Albo trochę bardziej "na piechotę":
Od pierwszego dnia ostatniej miesiączki ciąża trwa 288 dni, a od owulacji 266 dni.

Wszystko to pi razy drzwi, bo dziecko i tak rozwija się indywidualnie, no i cykl różnie trwa u różnych kobiet. Moje dziecko ostatecznie przyszło na świat 9 lutego 2007 porodem wywoływanym i określonym jako poród w 42 tygodniu ciąży - czemu skoro pierwotny termin miałam na 4 lutego? Teraz tego nie wyjaśnię, nie wiem co się zadziało. Nie wiem czemu wpisano w karcie, że były zielone wody płodowe. Nie wiem dlaczego moje dziecko urodziło się z dwa razy większym sercem, niż przeciętne, z powiększoną śledzioną, z bradykardią, skoro tuż przed zabraniem mnie na porodówkę USG wykazało całkiem zdrowego dzidziusia?
Nie zrozumiem tego nigdy. Mam wrażenie, że lekarze to jakaś machina, w którą ciężarna kobieta wpada. Terminy na oko, wywoływanie porodów, patologia ciąży, pozycja leżąca, eh... nie lubię lekarzy....
Zwrot "nie lubię" nie wyraża tego, co czuję do lekarzy.
Nie wyraża.

Pozdrawiam.
Pati